Matki pszczele sprzedawali spod lady


Czterdzieści pięć lat minęło od otwarcia w dawnej pasiece ks. Jana Dzierżona Stacji Hodowli i Unasieniania Matek Pszczelich w Maciejowie (gm. Kluczbork) i wskrzeszenia tego miejsca po latach niebytu. Przetrwało, dzięki grupie zapaleńców.

Pasieka Zarodowa w Maciejowie jest doskonale znana mieszkańcom powiatu kluczborskiego. Kojarzą ją z działalnością księdza doktora Jana Dzierżona. Ale zapewne niewiele osób ma świadomość tego, co działo się z pasieką po jego śmierci i że miejsce związane ze spuścizną po wielkim pszczelarzu zostało odtworzone na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku przez grupę zapaleńców.
Ks. Dzierżon zmarł w 1906 roku. Pasiekę po nim prowadził jego bratanek. Po drugiej wojnie światowej gospodarstwo – dom wraz z przyległymi gruntami – otrzymała rodzina Pempków, która przyjechała z Kresów Rzeczpospolitej w ramach tak zwanej repatriacji.
Myśl, aby utworzyć Stację, wyszła od samych pszczelarzy. Tradycje pszczelarskie w powiecie kluczborskim były bardzo żywe, ale brakowało matek pszczelich. Dlatego Dyrekcja Państwowego Zakładu Unasieniania Zwierząt w Kluczborku w porozumieniu z Powiatowym Związkiem Pszczelarzy, zrzeszającym około 500 osób, wystąpiła w 1967 roku z projektem przejęcia dawnej posiadłości ojca pszczelarstwa i zorganizowania Stacji Hodowli i Unasieniania Matek Pszczelich. To był pomysł pana Wilhelma Kocowicza, szefa Powiatowego Związku Pszczelarzy – opowiada Kazimierz Dzierżan, który od 1971 do 1976 roku był dyrektorem kluczborskiego Zakładu Unasieniania Zwierząt i nadzorował inwestycję – za jego czasów została ona otwarta. – Tworzenie stacji w Maciejowie rozpoczął Andrzej Zydek, który przede mną był dyrektorem Zakładu Unasieniania. Ja tylko ją dokończyłem.

Przepracowano tysiące godzin, by pasieka z ruiny stała się perełką.


W 1968 roku gospodarstwo ks. Dzierżona zostało wykupione od Mikołaja i Stanisława Pempków. I rozpoczęła się adaptacja obiektów oraz dostosowywanie ich na potrzeby Stacji. Prace łatwe nie były – zabudowania znajdowały się w kiepskim stanie. Teren też był mocno zaniedbany.

To był obraz nędzy i rozpaczy – wspomina Kazimierz Dzierżan. – Trzeba było włożyć mnóstwo pracy, by zrealizować to, co planowaliśmy, a mianowicie pasiekę pokazową, która będzie chlubą powiatu i województwa. Remontowaliśmy głównie systemem gospodarczym. Wiele osób przepracowało tysiące godzin w ramach prac społecznych. Każda para rąk do pracy była cenna. Od podstawa robiliśmy parkingi, sadziliśmy klomby i żywopłoty. Nie było też drogi dojazdowej do Stacji. Długo musiałem negocjować z panem Reinholdem Cholewą, by nam ją przekazał.
Szacuje się, że pracownicy kluczborskiego PZUZ przepracowali w czynie społecznym 4 tys. godzin. Pomagali im także pracownicy Urzędu Powiatowego w Kluczborku, Powiatowego Sztabu Wojskowego, Banku Rolnego oraz młodzież z okolicznych szkół rolniczych. Fizycznie pracował też dyrektor Dzierżan, nierzadko pomagała mu żona z małymi dziećmi.

Obiekt musiał przejść gruntowny remont.

Jak trzeba było, ubierałem gumowce, ubranie robocze i pracowałem tak jak inni – opowiada.
Kazimierz Dzierżan pamiętam sytuację, kiedy pasiekę odwiedziła jakaś dziennikarka.

Przyszła i mówi do mnie: chciałam rozmawiać z dyrektorem – opowiada. – Mówię: słucham panią. Na to ona zniecierpliwiona, że ze mną nie chce przeprowadzać wywiadu, ale z dyrektorem. Nie mogła uwierzyć, że ten facet w gumowcach jest szefem.
4 maja 1970 roku Uchwałą Wojewódzkiej Rady Narodowej w Opolu placówka została powołana do istnienia. Od tego czasu, równolegle z kontynuowanymi pracami remontowo-adaptacyjnymi, podjęto prace hodowlano-produkcyjne.
Dużym problemem było znalezienie specjalistów, którzy zajmą się unasienianiem pszczół.

https://kosmopell.pl/

Najpierw skontaktowałem się z profesorem Leonem Bornusem z Instytutu Pszczelarstwa w Puławach i dzięki temu ściągnąłem do Maciejowa Leonarda Cieślę – informuje Kazimierz Dzierżan. – Natomiast ze stacji w Bochni „podkupiłem” Aleksandrę Porwisz.
Stacja została otwarta 14 lipca1974 roku. Składała się z pasieki hodowlanej, laboratorium inseminacji pszczół, skansenu zabytkowych uli figuralnych, izby poświęconej ks. Dzierżonowi.

Ule wypatrzyłem w „Przekroju” – wspomina Kazimierz Dzierżan. – Specjalnie pojechałem z żoną i córką na wczasy do Żegiestowa, bo niedaleko, w Popradzie, mieszkał rzeźbiarz Stanisław Janczura. Chciałem, aby ule stanęły w pasiece. Jak oświadczyłem mu, że chcę kupić wszystkie, to popatrzył na mnie jak na pomylonego. Nie zgodził się.
Ale dyrektor Stacji nie odpuszczał. Sposobem zmiękczał artystę. W trakcie trzeciej wizyty (podczas dwutygodniowych wczasów), doszło do finalizacji transakcji.

Rzeźbiarz zażyczył sobie za ule równowartość dużego fiata – wspomina Kazimierz Dzierżan. – To było sto sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych – duże pieniądze. Obiecał, że w ramach tej kwoty przywiezie rzeźby do Maciejowa i na miejscu je zmontuje.
Obecnie rzeźby te znajdują się przy kluczborskim muzeum.
Do Stacji zaliczane było także trutowisko, znajdujące się w lesie niedaleko leśniczówki „Krystyna” w Wierzchach (gm. Wołczyn) oraz stawy w Maciejowie.
Otwarcie było wielkim świętem. Tłum oficjeli, pszczelarzy z całego kraju, dziennikarze i mieszkańcy okolicznych wiosek. Na archiwalnych zdjęciach widać, że z trudem mieszczą się na dziedzińcu przed dworkiem Dzierżona.

W uroczystym otwarciu wzięły udział tłumy ludzi.

Byłam na otwarciu pasieki – było bardzo uroczyście, grała orkiestra górnicza – wspomina Maria Węgrzyn, która w pasiece przepracowała 42 lata, całe swoje zawodowe życie, aż do emerytury, a przyszła tylko na kilka miesięcy, za namową ojca, Józefa Sadowskiego, który w Stacji był księgowym. – Bardzo dużo ludzi, odznaczenia, przemówienia, wojewoda. Mnóstwo autokarów, a pogoda przepiękna.
Głównym celem Stacji nie była wcale produkcja miodu, lecz hodowla zarodowa matek pszczelich dla odbiorów z całej Polski, ale także z zagranicy – dla tych drugich nieoficjalnie, bo za komuny takie transakcje wiązały się ze skomplikowanymi formalnościami.
Chodziło o to, by wyhodować wyselekcjonowane pszczoły, które będą przede wszystkim łagodne, miodne i rojliwe. Stacja bazowała na rasach: kraińskiej, kaukaskiej i środkowoeuropejskiej wraz z ich liniami. Najstarszą linią w Maciejowie jest linia pogórska (rasa kraińska), która jest tu hodowana od początku istnienia pasieki. Tutaj się przyjęła i sprawdziła.
Już w 1972 roku Stacja dostarczyła pszczelarzom pierwszą partię sztucznie unasienionych matek pszczelich, a rok później wyhodowała ich 508 sztuk.

Miejsce szybko zdobyło renomę – opowiada pani Maria. – Żeby kupić matkę, trzeba było się zapisywać i czekać w kolejce. Nawet sprzedawaliśmy je spod lady.
Matki pszczele były też w czasach kryzysu dobrym towarem wymiennym. Na przykład pszczelarze z Oleśnicy oferowali za nie buty z tamtejszej fabryki, które były produktem deficytowym.
W latach świetności w Stacji zatrudnionych było kilkanaście osób. Byli to nie tylko pszczelarze, ale także stolarze, murarze czy robotnicy rolni, bo przy pasiece istniało 30-hektarowe gospodarstwo oraz sad.
Lata 90. i następne były dla pasieki bardzo trudne. Nie raz walczyła ona o przetrwanie. Dziś ma szansę się odrodzić, a to za sprawą projektów z Unii Europejskiej, które otrzymały kilkumilionowe dofinansowanie.
MZ
Osoby, które pracowały w Stacji w Maciejowie i chciałyby się podzielić wspomnieniami na ten temat, proszone są o kontakt z redakcją.

Wstecz Amerykanie dbają o swoich bohaterów
Dalej Geograficzny sukces