To był Armagedon


Pod koniec maja 1984 roku uczniowie klasy drugiej Liceum Ekonomicznego z Kluczborka wyruszyli na wycieczkę Szlakiem Piastowskim. Miała być wspaniałą przygodą i nagrodą za cały rok ciężkiej pracy. Niestety, zakończyła się ogromną tragedią.

Na opowieść o najtragiczniejszym zdarzeniu w historii kluczborskich szkół zgadza się pani Teresa Lorenc, nauczycielka Zespołu Szkół nr 1 przy ul. Curie-Skłodowskiej, dziś już na emeryturze, która pojechała na wycieczkę jako opiekun. Znalazłam się tam przez przypadek – mówi pani Teresa. – Nauczycielka, która była wychowawczynią tej klasy, poprosiła mnie, abym ją wspomogła. Nikt z nauczycieli nie chciał. Był to taki niefortunny termin, wycieczka pięciodniowa, zahaczała o weekend, Dzień Matki. Ale Maryla powiedziała: „Tereska, ty mi nie odmówisz, bo jesteś moją dobrą koleżanką”. Pomyślałam: „Jeśli nie ja, to kto?” i w końcu wyraziłam zgodę.
Turyści, w sumie 47 osób, ruszyli w trasę w piątek 25 maja biało-czerwonym mercedesem, który był własnością Orbisu, organizatora wyprawy.

To nie był żaden ogórek, ale luksusowy jak na tamte czasy, nowoczesny autokar – wspomina Teresa Lorenc. – Miał tak zwane lotnicze siedzenia i przeźroczysty dach.
Pierwszego dnia wycieczkowicze zwiedzali Poznań, gdzie dołączył do nich przewodnik. Następnego przed południem Gniezno.

To była piękna, słoneczna sobota, Dzień Matki – relacjonuje nauczycielka. – Kupiłam kartkę dla mojej mamy i miałam ją z Gniezna wysłać. Ale jeden z naszych uczniów, Krzyś, gdzieś podczas zwiedzania się zagubił. Znalazłyśmy go, jak siedział skulony w Katedrze Gnieźnieńskiej. Tam na nas czekał. W całym tym zamieszaniu zapomniałam o tej kartce i mam ją do dziś. Później kupiliśmy jeszcze lody, czekaliśmy, aż wszyscy je zjedzą i dopiero wówczas, już troszkę spóźnieni wsiedliśmy do autokaru. Kolejnym naszym przystankiem miał być Biskupin.
Ale wycieczka nigdy tam nie dojechała. Pogoda nagle się zmieniła, zaczął padać deszcz, kilkanaście kilometrów za Gnieznem, na łuku ówczesnej drogi E-83 (obecnie drogi krajowej nr 5), autokar wpadł w poślizg, koziołkował i stoczył się po skarpie do wąwozu.

Uczestnicy feralnej wycieczki na rynku w Gnieźnie, na kilka godzin przed drogową katastrofą.

Nastąpiła cisza, wówczas wydawało mi się, że trwa wieczność – wspomina Teresa Lorenc. – Za chwilę słychać było krzyk, płacz, jęki, nawoływania: mamo, ratunku, proszę pani.
Wypadek wydarzył się dokładnie o 15:15. Pani Teresa miała na szyi zegarek na łańcuszku, który w wyniku uderzenia potłukł się i zatrzymał się na takiej właśnie godzinie.

Siedziałam na pierwszym siedzeniu razem z drugą nauczycielką, kierowca niżej, obok niego na ruchomym fotelu przewodnik. Jak doszło do tej kraksy, mnie z siedzenia wyrzuciło, uderzyłam w półkę, bagaże leciały mi na głowę, wpadłam pod fotel przewodnika, który zatrzasnął mi się na plecach.
Ale pani Teresa jakoś się spod niego wydostała. Ponieważ przednia szyba w autokarze była rozbita, właśnie tędy wyczołgała się na zewnątrz.

Miałam krótki rękaw, ręce poharatane od szkła, pogubiłam gdzieś klapki i w takim stanie, boso, wdrapałam się po mokrej skarpie na jezdnię. Cisza, ani żywej duszy. Wreszcie usłyszałam, że nadjeżdża motocykl. Kierowca – widać było, że wybrał się na ryby – zatrzymał się pyta: „Co się pani stało”. Nawet nie zauważył autokaru w wąwozie. Jak mu pokazałam, to tylko krzyknął: „Rany boskie, Armagedon”.
Nieznajomy wsiadł na motocykl i w sąsiedniej miejscowości, gdzie był telefon, zadzwonił po służby ratunkowe. Po chwili z oddali słychać było ryk syren pogotowia, straży pożarnej i policji.
W tym czasie część uczestników karambolu o własnych siłach opuściła autobus.

W oczekiwaniu na karetki wczołgiwałam się do środka i pomagałam tym, którzy sami wydostać się nie mogli. Ile razy wchodziłam i wychodziłam, tego nie wiem. Krzyś, ten który się zgubił, siedział spokojnie, więc stwierdziłam, że przyjdę po niego na końcu. Kiedy przyszłam, okazało się, że chłopak nie żyje. Miał straszne obrażenia, widziałam żebra, które przebiły ciało na wylot. Pamiętam też jedną z dziewczynek, blacha autokaru dosłownie przepołowiła jej twarz, oko trzymał się tylko na nerwach. Nie można jej było wydobyć, bo nie było wówczas w użyciu narzędzi hydraulicznych do podnoszenia aut. Postronni ludzie, którzy zatrzymywali się, by pomóc, próbowali podnieść autokar lewarkami. W końcu ściągnięto dźwig z jednostki wojskowej. Wydobyto uczennicę na zewnątrz, któryś z mężczyzn wziął ją na ręce, biegł, żeby zanieść na górę. Szłam za nimi. Dziewczyna coś jeszcze powiedziała, westchnęła i nagle usłyszałam krzyk tego pana: „Nie, nie umieraj, nie umieraj…”. Na ratunek było za późno.
W sumie w wypadku zginęło troje siedemnastoletnich uczniów z Ekonomika i osiemnastolatka, dla której druga z nauczycielek była ciocią, którą zabrała ze sobą na wycieczkę i której opłaciła wyjazd. Z tą traumą kobieta zmagała się przez całe życie.

Widziałam te nosze przysłonięte prześcieradłami, ale nie docierało do mnie, że te osoby nie żyją. Myślałam, że wszystkich uratowałam…
Na miejsce karambolu przyjechało około pięćdziesięciu karetek, które odwoziły rannych do okolicznych szpitali. Tych, którzy ponieśli najlżejsze obrażenia do Gniezna, ciężej rannych do Żnina i tych z urazami kręgosłupa do Poznania.

https://kosmopell.pl/

Ja odjechałam ostatnią karetką. Trafiłam do Żnina na chirurgię ortopedagogiczną. Po drodze straciłam przytomność.
Okazało się, że pani Teresa jest w bardzo ciężkim stanie. Miała złamanych siedem żeber, które przebiły opłucną, pękniętą wątrobę, krwotok wewnętrzny, złamaną rękę.

Nie miałam paznokci u rąk, straciłam je, kiedy się tak wydrapywałam tam i z powrotem. Moje blond włosy krew zabarwiła na czerwono. Ale nic podczas akcji ratowania uczniów nie czułam. Działałam pod wpływem jakiegoś zwierzęcego instynktu, który dał mi nadludzką siłę.
O wypadku jeszcze tego samego dnia powiadomiona została szkoła.

Dyrektorem był wówczas Eugeniusz Wyjadłowski, świeżo po zawale, więc całą tę sprawę przejął na siebie wicedyrektor Jerzy Cirko, który zresztą drżał, by dyrektorowi w tym stresie nic się nie stało. Orbis podstawił autobus i rodzice uczniów jeszcze tego samego dnia ruszyli do Gniezna. Co ciekawe, swych pierwszych kroków nie skierowali do szpitali, a do kostnicy. Tam szukali swoich dzieci.
A prasa na temat karambolu milczała. Żaden artykuł o tragedii pod Gnieznem nie mógł się ukazać.

Leżałam w izolatce dwa tygodnie i przez cały ten czas towarzyszył mi milicjant, bym z nikim o wypadku nie rozmawiała, bo przecież w Peerelu takie tragedie nie miały się prawa wydarzyć. Jak zmieniano mi opatrunek czy dawano zastrzyk, milicjant siedział, najwyżej odwracał się plecami.
W szpitalu pani Teresa spędziła dwa miesiące. Nie uczestniczyła w pogrzebach ofiar wypadku, a te, jak słyszała z opowiadań, odbywały się w strugach łez i deszczu.

Żeby mi się nie nudziło, towarzystwa dotrzymywała mi jedna z uczennic, której lekarze specjalnie nie wypisywali do domu. Odwiedzali mnie także uczniowie szkół ze Żnina oraz ich rodzice. Modlili się o mój powrót do zdrowia, bo stan cały czas był taki, że wszystko mogło się wydarzyć. Z niektórymi mam kontakt do dziś. Myślę, że być może ta modlitwa tak wiele zadziałała, bo żyję, choć rokowania optymistyczne nie były. Kiedy mój mąż przyjechał, by podziękować ordynatorowi za opiekę nade mną i przywiózł ogromny bukiet, pan doktor zaprowadził go do szpitalnej kaplicy, kazał kwiaty postawić na ołtarzu i stwierdził, że fakt, iż wykaraskałam się z takich obrażeń, to nie jego zasługa.
Nauczycielkę do Kluczborka przywiozła karetka.

Teresa Lorenc ratowanie ofiar wypadku została odznaczona medalem.

Mieszkaliśmy wówczas w bloku przy ulicy Szenwalda. Sanitariusze na noszach nieśli mnie na trzecie piętro. Na klatce czekali sąsiedzi, a pani Szopowa przywitała mnie chlebem i solą mówiąc: „Witaj wreszcie w domu”. Mojego starszego syna, dwunastoletniego, nie było i kiedy wracał, na osiedlu zatrzymała go koleżanka, opowiadając, że: „twoją mamę umartą przywieźli do domu”. Dziecko w wielkim strachu, dosłownie sparaliżowane wpadło do mieszkania.
Drugi syn, dwuletni, przebywał u rodziny – to u mamy pani Teresy, to u bratowej.

Przywozili go do mnie od czasu do czasu, a on zamiast mamo, zaczął mi mówić ciociu. W końcu sąsiadki – panie Łatoszowa i Wychowańska – zdecydowały, że tak dłużej być nie może. Dziecko musi wrócić do domu i one się nim zajmą pod nieobecność męża. W tym trudnym czasie doświadczyłam mnóstwo pomocy i dobroci od obcych ludzi. Także od moich koleżanek i kolegów w pracy. Nawet nie musiałam mówić, im wystarczyło na mnie popatrzeć i już wiedzieli, czego potrzebuję. Chyba to mi pomogło stanąć na nogi. Ale wypadek pamiętam do dziś ze szczegółami, choć minęło już trzydzieści pięć lat, do dziś trauma, ból i żal nie minęły. I ciągle prześladuje mnie pytanie, dlaczego zginęli tak młodzi ludzie, którzy całe życie mieli przed sobą.
Teresa Lorenc za swoją postawę została odznaczona w 1988 roku Złotym Krzyżem Zasługi.

MZ

Wstecz Stanie stacja meteorologiczna
Dalej Zaśpiewał z Hanną Banaszak