Jak powstała wagonownia


Niegdyś miejscowy zakład kolejowy był potężnym przedsiębiorstwem, jednym z większych na Śląsku. Jego znaczącą częścią była wagonownia. 2 stycznia minęło 66 lat od jej otwarcia.

O historii wagonowni opowiedział nam pan Kazimierz Rabiega, który był jednym z jej współtwórców i pierwszych pracowników. Jak to często bywa, o ludzkich losach decydują przypadki i to one okazują się kamieniami milowymi indywidualnych historii – mówi pan Kazimierz. – W moim życiu też tak było. Przez przypadek trafiłem do Kluczborka i związałem się z nim na stałe, właśnie poprzez pracę.
Pan Kazimierz, rocznik 1934, pochodzi z Pomian z Wielkopolski (gmina Trzcinica, powiat kępiński).

W październiku 1952 roku los rzucił mnie do pracy w parowozowni w Kluczborku, gdzie zostałem przyjęty na pracownika placowego – wspomina. – Do moich obowiązków należało nawęglanie parowozów, czyli zasypywanie ich węglem, a także szlakowanie. Dziennie trzeba było wrzucić co najmniej dwadzieścia cztery tony węgla z wagonów do zasieków węglowych. Taka była norma na jednego pracownika. To ciężka praca. Na rękach aż porobiły mi się odciski od łopaty. Poprosiłem majstra o zmianę czynności.
Przez wiele miesięcy nic się w tej sprawie nie działo, ale w kwietniu 1953 roku Kazimierz Rabiega dostał propozycję pracy na stanowisku rachmistrza w magazynie materiałowym.

To takie połączenie magazyniera z księgowym – tłumaczy. – Praca lżejsza, ciekawsza, byłem zainteresowany, ale istniało jedno „ale” – usłyszałem, że muszę zapisać się do PZPR. Z przekory się zgodziłem, choć nie wierzyłem, że partia mnie zechce.
Tu musimy wprowadzić dygresję i opowiedzieć historię Jakuba Rabiegi, ojca pana Kazimierza. W 1917 roku, w czasie pierwszej wojny światowej, został on powołany do niemieckiego wojska i wysłany nad granicę francuską. Tam od znajomego kolejarza dowiedział się, że generał Józef Haller tworzy tzw. Błękitną Armię. Jakub Rabiega zdezerterował więc i zaciągnął się do polskiej formacji jako szeregowy żołnierz, i w jej szeregach walczył z Niemcami. Służył do września 1919 roku, kiedy to Armia Hallera została rozwiązana. Następnie został skierowany na ziemie wschodnie polskiego państwa, które niedawno odzyskało niepodległość, do tworzącego się Korpusu Ochrony Pogranicza. Tam brał udział w walkach w czasie wojny polsko-rosyjskiej w 1920 roku. Po jej zakończeniu został przesunięty na granicę z Prusami Wschodnimi, gdyż znał niemiecki i służył jako zwiadowca. Następnie był komendantem posterunku granicznego w Słupi. Od 1930 roku odpowiadał za zabezpieczenie nadgranicznej szosy Kępno – Syców – Wrocław. Na posterunku tym służył aż do wybuchu drugiej wojny światowej.

Do pracy zawsze jeździł rowerem – wspomina syn. – 1 września 1939 roku też był na posterunku. Po wkroczeniu Niemców został wraz z całą załogą internowany. Jako ten, który wcześniej z niemieckiej armii zdezerterował, został przez Gestapo szczególnie okrutnie potraktowany. 20 stycznia 1940 roku mieszkańcy Goli, którzy zbierali chrust, widzieli jak do lasu wjeżdża niemiecka ciężarówka. Żołnierz wyrzuca z niej rower, uszkadza go, samochód zawraca i odjeżdża. Kiedy podeszli bliżej, zauważyli, że w miejscu tym leży przejechany, nieprzytomny człowiek. Przenieśli go na sanie, zawieźli do szpitala w Kępnie, ale niestety było za późno na ratunek. Leżący w szpitalu proboszcz z parafii w Turkowych, do której należały także Pomiany, poznał ojca. Dał nam znać o jego losie.
Ale po wojnie nowa władza nie pamiętała, że Jakub Rabiega walczył z Niemcami i z ich rąk poniósł śmierć, tylko fakt, iż brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Za to odmówiła jego synowi miejsca w internacie przy szkole zawodowej we Wrocławiu.

Nawet się matce nie przyznałem – opowiada. – Jej nie było stać, aby opłacać mi mieszkanie – dostawała miesięczną rentę, za którą można było kupić piętnaście bochenków chleba, a miała troje dzieci na utrzymaniu. Aby opłacić mieszkanie, pracowałem. I właśnie z powodu tego epizodu w historii mojego ojca, jako bolszewickiego wroga, nie wiedziałem, czy dostanę legitymację PZPR. Wpisali mnie w swoje szeregi, nie powiem, że na szczęście, bo liczyłem, że będzie inaczej, a później trudno się było wykręcić. Tak dostałem nową posadę.
2 listopada 1953 roku Kazimierz Rabiega został wezwany do biura kadr PKP przez kierownika Stanisława Gmura, otrzymał do dyspozycji pięciu pracowników i zadanie, że wspólnie z nimi ma wyremontować halę wachlarzową nieczynnej od końca wojny kluczborskiej parowozowni osobowej.

Chodziły słuchy, że kolej ma zostać zelektryfikowana – opowiada pan Kazimierz. – To oznaczałoby koniec parowozowni towarowej, a także zwolnienie ponad dwustu pracowników. Trzeba było jakoś sytuację ratować. Kierownictwo wymyśliło, że ratunkiem będzie utworzenie wagonowni.
Wspomniana wagonownia to obecny teren firmy Wagrem, a hala wachlarzowa usytuowana jest przy końcu ulicy Dworcowej, przy Alei Kolejowej, którą można było jeszcze do niedawna dojść na skróty do Famaku.

To zdjęcie zostało zrobione w 1993 roku. Wówczas pan Kazimierz (drugi z lewej) spotkał się w gronie kolejowych znajomych.

Budynek musiał przejść solidny remont, bo widoczne na nim były ślady wojennych zniszczeń – wspomina Kazimierz Rabiega. – Na przykład cały dach był na wylot podziurawiony przez lotnicze karabiny maszynowe. Ale oprócz tego obiekt trzeba było przystosować do przyszłych zadań. I tak pan Osada zajmował się organizacją stanowiska do remontu kompresorów oraz instalacji hamulcowo-ciśnieniowej, pan Skrzypczyk przygotowywał magazyn materiałowy, pan Markiewicz zajmował się szkleniem okien, naprawą dachu, pan Szlarek z synem odpowiadał za uruchomienie tokarni i stolarni. Jeszcze jeden pracownik, którego nazwiska niestety nie pamiętam, przygotowaniem podnośników do wagonów oraz kanału wjazdowego za halą i mostem na Stobrawie. Ja zaś odpowiadałem za pilnowanie postępu prac, przygotowaniem pomieszczeń na biura i kompletowaniem akt pracowników fizycznych.
Wagonownia oficjalnie została uruchomiona 2 stycznia 1954 roku o godzinie 7:00.

Załoga, czyli sto osiemdziesiąt osób, stawiła się w komplecie – relacjonuje pan Kazimierz. – Na czele warsztatu stał kierownik Rajter, Józef Mazienka odpowiadał za utrzymanie wagonów i prac rewidentów wagonowych, pan Dudek za księgowość, ja za kadry, a naczelnikiem wagonowni był Marian Kopeć.
Na brak zleceń wagonownia nie narzekała. Kiedyś kluczborski węzeł był potężnym przedsiębiorstwem.

Budynek znajdujący się po prawej to część dawnej wagonowni, której tereny przylegały aż do nieistniejącej już fabryki mebli.

Pociągów przez całą dobę przejeżdżało mnóstwo – wspomina Kazimierz Rabiega. – Cały transport odbywał się właśnie koleją. Tuż po uruchomieniu wagonowni, przez cały styczeń, robiliśmy tylko bieżące naprawy wagonów, to znaczy usterek, które wyszły na jaw podczas sprawdzania na torach. Później podpisaliśmy umowę z Centralą Produktów Naftowych, czyli słynnym potentatem CPN-em i dokonywaliśmy okresowego remontu ich cystern. A po tym, jak nasz tokarz, pan Król uruchomił tokarnię z tokarkami kołowymi, ruszyliśmy z okresowymi remontami wagonów dla całego Górnośląskiego Okręgu PKP. Przepracowałem w wagonowni do 30 czerwca 1991 roku. Okres transformacji były dla kolei bardzo trudny i zakończył w Kluczborku jej świetność. O tych dobrych latach można dziś już tylko powspominać.
MZ

Wstecz Wspomóż hospicjum jednym procentem podatku
Dalej Zagrali dla Patrysia