Życie bez taryfy ulgowej


sdr

Spełniło się marzenie Justyny Podwysockiej – dzięki darczyńcom ma auto przystosowane dla osoby niepełnosprawnej.

Dzięki zbiórce internetowej zebrano ponad 30 tys. złotych. Opel corsa jest już tylko tym modelem z nazwy. Nie ma przedniego fotela, Justyna wjeżdża wózkiem na specjalną platformę na miejsce kierowcy. W aucie ma przedłużony pedał hamulca, gazu i kierunkowskaz. Specjalna platforma została sprowadzona ze Szwecji, a przeróbki auta podjął się Jacek Jędrzejewski z Nowej Kuźni koło Prószkowa.Chodziło o to, żebym była w pełni samodzielna i mogła się poruszać bez pomocy mamy – mówi Justyna.
Trzy miesiące czekała na dzień oddania do użytku swojego wymarzonego samochodu.
Wracając z ojcem z Nowej Kuźni w końcu poczuła, że będzie niezależna.
Justyna po obronie pracy licencjackiej w Wyższej Szkole Zarządzania i Administracji zaczęła szukać pracy.

W okolicy są biura, niestety z barierami architektonicznymi – opowiada.
Odbyła już staż w Zespole Szkół w Wołczynie, później była również stażystką w agencji reklamy w Kluczborku.

Wszędzie dowoziła mnie mama – mówi. – Teraz, gdy mam samochód, będę jak inni dojeżdżać do pracy. Mam coś na horyzoncie, jednak na razie nie chcę zdradzać.
Auta zamiast lalek
Justyna po zakończeniu studiów miała dużo czasu, a że nie lubi nic nie robić, wróciła do swojej pasji z dzieciństwa – rysowania, przeważnie aut.
Jest samoukiem. Rysować nauczyła się z You Tuba, chociaż smykałkę do tego miała już w podstawówce. Później odłożyła rysunek, bo choroba nie zawsze na to pozwalała. Jej kreska zmieniała się cały czas. Rysuje różne modele samochodów i karykatury.

Cieszę się, gdy na ścianie zawiśnie czyjaś podobizna czy stara limuzyna – uśmiecha się.
Justyna, gdy była dzieckiem, nie bawiła się lalkami. Samochody i motory były jej ulubionymi zabawkami. Nic dziwnego, bo pasję do motoryzacji odziedziczyła po ojcu, który jest zawodowym kierowcą.
Samo rysowanie nie dawało Justynie satysfakcji. Postanowiła zrobić prawo jazdy.

Byłam w szoku, gdy się dowiedziałam o kursie – zauważa mama Justyny – Podchodziłam ze zrozumieniem do studiów Justyny, ale nauka jazdy była wielkim zaskoczeniem.
Znalazła szkołę nauki jazdy. Umówiła się z instruktorem, który spodziewał się osoby niepełnosprawnej, ale nie mającej 80 centymetrów wzrostu. Jednak był przygotowany na osoby niskie oraz z wrodzoną łamliwością kości.
Justyna pojechała na „przymiarkę” do Opola, żeby przystosować samochodu do jej postury. Na fotel kierowcy położono specjalne poduszki, żeby miała lepszą widoczność. Oczywiście przedłużony był pedał gazu i hamulca. Wtedy poczuła, że może spełnić swoje marzenie. W tym samym dniu zapisała się na kurs. Lekcje jazdy odbywały się w Opolu. Ojciec Justyny pomagał w nauce przepisów kodeksu drogowego. Egzamin na prawo jazdy zdała za pierwszym razem.
Podczas zbiórki internetowej na przystosowanie auta nie zabrakło komentarzy, w stylu – po co „takiej” dziewczynie auto.

Gdy zaczęłam jeździć, spotykają mnie tylko pozytywne reakcje ludzi – opowiada. – Przeważnie są to gesty poparcia. Ostatnio na parkingu podeszła młoda kobieta i pogratulowała mi samozaparcia.
Bywają też komiczne sytuacje, gdy podróżuje autem.

Pasja Justyny jest szkicowanie samochodów.

Jak choćby ta ostatnia, gdy mężczyzna zapatrzył się na mnie i o mały włos wjechałby rowerem w drzewo – opowiada.
Justyna nie chce siedzieć w domu, w końcu ma możliwość odciążyć rodziców, jeździ po okolicy, podwozi rodziców, babcię do Kluczborka i Olesna.

Niepełnosprawni też chcą pójść do kina, sklepu, pojechać do dyskoteki, normalnie żyć – twierdzi.
Szkoła, wagary
i zdrowe wsparcie

Jak mów czasem wystarczy trochę dobrej woli, aby osoby niepełnosprawne mogły aktywnie uczestniczyć w życiu społecznym.

Od podstawówki przez gimnazjum i liceum miałam ten sam niski stolik, koledzy przenosili mi go z kasy do klasy – wspomina. – Zależało mi, żeby chodzić do szkoły, śmiać się i płakać z innymi uczniami, uciekać na wagary. Być traktowaną normalnie przez wszystkich. Nie chciałam zajęć indywidualnych.
Jak twierdzi mama Justyny, uczestnictwo na lekcjach w szkole podstawowej umożliwiła jej Halina Neugebauer, wychowawczyni, która przygotowała pierwszą klasę na przyjście niepełnosprawnej dziewczynki.

Dzieci wiedziały, że mają uważać, bo każdy gwałtowny ruch może się skończyć moim złamaniem – opowiada.
Od 4. klasy Justyna miała już wózek. To jej ułatwiało przemieszczanie się po szkole. Radziła sobie. Na przerwach dzieci pomagały przejść z klasy do klasy, torując miejsce dla wózka.

Podobne sytuacje były w gimnazjum oraz liceum – wspomina.
Budynek, w którym podjęła studia, nie był w pełni przystosowany do osób niepełnosprawnych, pomimo tego uczelnia w Opolu zgodziła się, aby zajęcia odbywały się na jednym poziomie.
Justynie zależało, aby traktować ją tak samo jak innych, nie chciała żadnej taryfy ulgowej.

Już od szkoły podstawowej domagała się tego – opowiada mama. – Kiedyś przyszła ze szkoły i zaczęła trochę wykorzystywać swoją chorobę. Powiedziałam wtedy, że siedząc w ławce może robić to samo, co inne dzieci.
Ta rozmowa była jedną z tych, gdy zdała sobie sprawę, że jedynym jej ograniczeniem jest niepełnosprawność fizyczna.

Już nigdy nie wykorzystywałam swojej choroby, bo byłoby to nie w porządku wobec siebie i innych – zauważa. – I to zaprocentowało w dalszym życiu. Normalny tok nauczania był szkołą życia. Wchodziłam w relacje z innymi. Później było mi łatwiej. Często rodzice ograniczają dzieci i to nie tylko niepełnosprawne. Nie myślą, co będzie w przyszłości z takim dzieckiem. Ja miałam zdrowe wsparcie rodziców i wychowawców.
Kichnięcie i złamanie
Justyna urodziła się z wrodzoną łamliwością kości. Choroba jest nieuleczalna. Dzieci cierpiące na nią są do siebie podobne. Owal twarzy mają trójkątny, zniekształconą klatkę piersiową, niebieskie białka oczne. Ich kości są narażone na złamanie przy najmniejszym wysiłku. Nawet kichnięcie może być przyczyną złamania. Najcięższy okres Justyny trwał do 5. roku życia.

Dwadzieścia osiem lat temu choroba nie była znana – opowiada mama Justyny. – Nie było ortopedów znających ją. Chirurg załatwiał sprawę gipsem. Czasem córkę traktowano, jak królika doświadczalnego.
Mama Justyny w końcu skontaktowała się z Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie zdiagnozowano córkę i skierowano do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie Prokocimiu. Tam przeszła wiele operacji. Jednak nie załamywała się. Była energicznym dzieckiem. Mając 13 lat opowiadała przed kamerami TVN-u, co można zmienić w szpitalu, żeby był bardziej przyjazny dla dzieci.
Niestety, po skończeniu 18 lat skończyła się opieka nad dzieckiem.

Trzeba było dalej szukać pomocy specjalistów – zauważa mama.
Dorosłe osoby z łamliwością kości pozostawione są samym sobie. W końcu udało się znaleźć lekarza, który podjął się kontynuowania leczenia. Jednak za wszystkie badania i wizyty lekarskie musi płacić.
Gdy Justyna sięga pamięcią wstecz, poprawa komfortu jej życia jest nieporównywalna.

Teraz mogę sama podnieść przedmioty ważące do kilograma, wcześniej szklanka z wodą była wyzwaniem – podkreśla.
Wojciech Dobrowolski

Wstecz Świadek historii
Dalej Zawód i pasja