Na tropie dawnych historii


Stowarzyszenie „Bogatalanta” prowadzi Chałpkę Starzików, która jest namiastką wiejskiego muzeum. Można w nim obejrzeć pamiątki po dawnych mieszkańcach oraz sprzęty, których używali w domach i gospodarstwach. Ma również pokaźne archiwum fotograficzne, a specjalistką od utrwalonych na kliszach historii jest Teresa Bursy.

Chałpka Starzików działa od dwóch lat. Można powiedzieć, że w niepozornym, małym domku zgromadzona jest wielka historia. Wielka nie przez doniosłość upamiętnionych w niej dziejowych zdarzeń, choć te oczywiście się w Chałpce przewijają, ale ze względu na fakt, iż udało się czasami z czeluści zapomnienia wydobyć osoby i zdarzenia ściśle z Bogacicą związane. A nie było to wcale łatwe zadanie, często przypominało detektywistyczną pracę, żmudne łączenie faktów i zasłyszanych gdzieś pozornie niezwiązanych historii, powolne składanie puzzli przeszłości, które nagle dzięki dziwny zbiegom okoliczności ukazywały ukryte powiązania. W Stowarzyszeniu zajmowałyśmy się głównie działalnością edukacyjno-ekologiczno-warsztatową – opowiada Teresa Bursy. – Ale czegoś nam jeszcze brakowało, czułyśmy niedosyt, zwłaszcza porównując się z innymi wioskami w województwie. Kiedyś Bogacicy przypadł tytuł najpiękniejszej wioski na Opolszczyźnie. Miałyśmy wrażenie, że przez te kilkanaście czy kilkadziesiąt lat dużo wiosek nas przegoniło, działają bardzo prężnie, mają się czym pochwalić.
Panie wpadły na pomysł, aby otworzyć muzeum, które uatrakcyjni wioskę.

Od lat zbieram eksponaty związane ze Śląskiem, głównie z dawną parafią Bogacica – relacjonuje pani Teresa. – Podobnie moja siostra Urszula Jurczyk i kuzynka Ela Bursy. Nazbierałyśmy trochę eksponatów, ale to było mało na urządzenie naszej Chałpki. Dlatego rozpuściłyśmy wieści wśród znajomych. I machina ruszyła.
Dzięki marketingowi szeptanemu Stowarzyszenie otrzymało dawne stroje, meble, obrazy, artykuły gospodarstwa domowego, a także wiele zdjęć.

Jak zaczęłam oglądać te zdjęcia, to uświadomiłam sobie, że Bogacica ma się czym pochwalić – mówi Teresa Bursy. – Ma bardzo bogatą historię, w której wiele smaczków i ciekawostek. Trzeba tylko je powiązać i odnaleźć ukryty sens.
Fotografie tak bardzo panią Teresę wciągnęły, że stały się jej wielką pasją.

Można powiedzieć nawet, że obsesją – dodaje ze śmiechem. – Niemal każdą wolną chwilę poświęcam na fotograficzne śledztwa. Ponieważ od trzech lat jestem na emeryturze, mogę sobie na to pozwolić. Ludzie z chęcią pokazują mi swoje rodzinne albumy, a przy okazji dzielą się opowieściami, które są równie istotne jak zdjęcia.
Pani Teresa wszystko skrzętnie notuje, fotografie skanuje, archiwizuje, a kiedy pojawią się w opowieściach białe plamy, drąży tak długo, aż po nitce dojdzie do kłębka.
Bohaterka naszego tekstu natrafiła na prawdziwe perełki – niezwykłe zdjęcia i historie.
Jedna z nich związana jest z bogackim zamkiem, który znajdował się przy zbiegu ulic Kluczborskiej i Zamkowej, tam, gdzie po wojnie przez długie lata był gees, a obecnie skład węgla.

Na zdjęcia zamku niestety nie natrafiłam i bardzo mnie to nurtuje – mówi. – Istnieje kilka przedwojennych pocztówek Bogacicy, na których jest kościół, szkoła i sklepy, które wówczas we wsi funkcjonowały. Ale zamku nie ma. Dlaczego? Jak to się stało, że nikt go nie sfotografował i nie zrobił pięknej pocztówki?
Zamek przez wiele lat należał do rodów, które wioską zarządzały. Później został przejęty przez państwo pruskie, które następnie sprzedało go Franzowi i Hanie Stanosskom. Ale w latach 30. XX wieku nieruchomość znów stała się własnością państwa. Rodzina Stanossków została wywłaszczona, w zamian po sąsiedzku wybudowano jej gospodarstwo. Na terenie dawnego zamku powstał obóz służby pracy Rzeszy. Była to forma półrocznej służby młodych kobiet w wieku od 18 do 25 lat na rzecz państwa niemieckiego, która funkcjonowała od 1939 roku. Takich obozów było mnóstwo, na naszym terenie oprócz Bogacicy znajdowały się także m.in. w Łowkowicach, Kuniowie, Wierzbicy.

Ponieważ większość mężczyzn była na wojnie, dziewczyny te pomagały rodzinom wielodzietnym w gospodarstwie, przy opiece nad dziećmi – mówi Teresa Bursy. – Potocznie nazywało się je „arbaits maidy”. Pochodziły z głębi Niemiec. Otrzymywały jednolite ubrania, przeważnie fartuchy, miały broszki pod brodą. Tak je zapamiętali mieszkańcy Bogacicy. W obozie była też kadra, która dziewcząt pilnowała. Często do zamku przyjeżdżali też wojskowi.
Mieszkańcy Bogacicy niezbyt chętnie korzystali z pomocy dziewczyn. Tłumaczyli, że są one za ładne i boją się, żeby synowie będący w domach się w nich nie zakochiwali. Czy było to prawdziwe tłumaczenie, trudno powiedzieć.

W niedziele i święta ulica Zamkowa była zamykana, bo dziewczyny brały udział w zawodach – wyjaśnia Teresa Bursy. – Były to przeważnie różnego rodzaju biegi.
Ale mówi się, że nie wszystkie wróciły z Bogacicy do swoich rodzinnych domów.

Jest pewna mroczna tajemnica związana z dziewczynami i tunelem, który podobno łączył zamek z dworem, znajdującym się tam, gdzie teraz sklep Sedal i kręgielnia – relacjonuje pani Teresa. – Różne rzeczy działy się na takim obozie, jakieś romanse i przypadkowe ciąże. Ciężarne podobno kończyły swoje życie właśnie w tym tunelu. Czy rzeczywiście? Tego się pewnie już nie dowiemy.
Ale niedaleko zamku, niemal naprzeciwko Chałpki, znajdowała się lipa, pod którą straszyło. Mieszkańcy uważali, że to te dziewczyny chcą powiedzieć światu o swojej krzywdzie.

To Józef Stanossek, który jako nastolatek trenował motocross na schodach bogackiego pałacu.

Myślę, że właśnie ze względu na ten obóz i niejasne sprawy z nim związane, nikt zamku nie sfotografował – mówi Teresa Bursy. – Pewnie miał on status tajnego, chronionego obiektu.
Przy okazji archiwizowania zdjęć pani Teresa natrafiła też na ślad Józefa Stanosska, syna ostatnich prywatnych właścicieli pałacu przed wojną. Jako nastolatek zafascynował się jazdą na motocyklu. Kiedy ojciec kupił mu wymarzony pojazd, zaczął trenować jazdę ekstremalną… po pałacowych schodach.

Można powiedzieć, że doszedł do perfekcji. Po wojnie został w Niemczech i tam brał udział w wyścigach motocrossowych. I to z powodzeniem. Mamy nawet jego zdjęcie podczas jakiegoś ze startu.
Pan Józef miał marzenie, aby po śmierci spocząć na bogackim cmentarzu w grobie obok rodziców. Tak też się stało.
Kolejne odkrycie związane z pracą przy archiwizowaniu zdjęć związane jest ze Stanisławem Bienioskiem, wybitnym muzykiem, który był pierwszym nauczycielem śpiewu Jana Kiepury.

Bienioskowie mieszkali w Bogacicy, ale po plebiscycie przegranym przez Polskę przeprowadzili się do Szopienic – opowiada pani Teresa. – Starszy z synów, Franciszek, był przez cztery kadencje naczelnikiem Szopienic i bardzo się dla miasta zasłużył. To on opłacał edukację młodszego brata.

W zamku był obóz służby pracy Rzeszy dla kobiet.

Stanisław skończył konserwatorium, dyplom uzyskał we Lwowie, a później wrócił i współtworzył złoty wiek śpiewactwa na Śląsku, prowadził chóry, wystawiał opery i oratoria, uczył młodzież, w tym również Kiepurę. Zmarł w Chorzowie w 1967 roku.
Fortepian, na którym grał, niedawno trafił go Bogacicy. Córka Stanisława podarowała go rodzinie.
Wioska miała szczęście do muzyków. Można powiedzieć, że przez pewien czas funkcjonowało tu bogackie konserwatorium.

Pierwszym kapelmistrzem orkiestry w Bogacicy był Piotr Triebert, który wcześniej, po pierwszej wojnie światowej prowadził w Berlinie jedną z orkiestr cesarskich – mówi pasjonatka. – Jak opowiadał nam ksiądz Herbert Simon, który pana Piotra pamięta, grał on na skrzypcach – miał Stradivariusa – i był nauczycielem wielu miejscowych muzyków. Posiadał słuch absolutny. I nawet jak już nie był dyrygentem, miał na kościelnym chórze swoje krzesło, przysłuchiwał się uważnie orkiestrze, a jak ta zafałszowała, to stukał głośno ręką w ławkę.
Piotr Triebert przekazał kapelmistrzowską pałeczkę panu Sobkowi z ulicy Stawowej, a później przejął ją jego syn, Alojzy Sobek.

Dziewczęta w szkole dla gospodyń, jaką prowadziły m.in. bogackie zakonnice, uczyły się piec i gotować.

Po panu Alojzym nasze Stowarzyszenie otrzymało bardzo cenne instrumenty – informuje Teresa Bursy. – Pochodzą jeszcze z cesarskich czasów i posiadają wilhelmińskie insygnia. To trąbki, werbel z pierwszej wojny oraz bęben z końca XIX wieku.
Wspaniała historia związana jest też z siostrami boromeuszkami, które przez wiele lat miały tu klasztor – w miejscu, gdzie dziś znajduje się Dom Dziecka.

Tak wyglądał weselna obsługa.

Pod koniec lat 20. XX wieku rada parafialna zaproponowała proboszczowi Noconiowi, aby utworzyć szkołę dla dziewcząt. W 1930 roku rozpoczęto budowę domu parafialnego, gdzie miała ona być ulokowana. Budowa trwała dwa lata. Później zaproszono do wsi pięć sióstr ze zgromadzenia świętego Karola Boromeusza. Każda z nich miała swoją specjalizację. Jedna była pielęgniarką – prowadziła ambulatorium, zajmowała się pacjentami, zapewniała także opiekę hospicyjną obłożnie chorym w ich domach. Była przedszkolanka prowadząca ochronkę, czyli przedszkole. Była siostra zajmująca się szyciem i szydełkowaniem…
Oprócz prowadzenia ochronki, sprzątania i dekorowania kościoła, zakonnice prowadziły też szkołę dla dziewcząt, w której uczyły je wszystkiego, co gospodyni domowa powinna umieć: m.in. pieczenia, gotowania, szycia, pielęgnacji dzieci i opieki nad chorymi.

Do szkoły uczęszczały dziewczęta nie tylko z Bogacicy, ale także w Wierzchów, Kraskowa, Smard, a nawet Kuniowa. Swego czasu Bogacica była słynna właśnie z welonów, które w klasztorze zamawiały panny młode oraz kapek chrzcielnych, szytych przez siostry i ich uczennice.
Dom Parafialny był na utrzymaniu parafii. Co ciekawe, znajdowała się w nim łaźnia, gdzie za 10 fenigów można było się wykąpać. Była też biblioteka.

Bogacica wiele zawdzięcza tym siostrom. Dziewczyny mnóstwo się u nich nauczyły. Nie każdego z rodziców było stać, żeby posłać dziecko do szkoły, a zakonnice zapewniały im świetną i bardzo przydatną w życiu codziennym edukację. Wiele dziewczyn z Bogacicy wstąpiło do klasztoru sióstr boromeuszek.
W 1952 roku zakonnice zostały siłą usunięte ze wsi przez władzę ludową.

W 1930 roku rozpoczęto budowę Domu Parafialnego w Bogacicy.

Zapakowano je na wóz przykryty plandeką, wszystkie miały łzy w oczach, ale nie mogły się nawet pożegnać. Tylko spod plandeki skrycie machały na pożegnanie. To był dramat i dla nich, i dla wioski, bo przecież były w Bogacicy 20 lat, znały niemal każdą rodzinę, wychowały niejedno dziecko. Wykarmiły niejedną sierotę i niejednego biednego. Bardzo dużo dobra tu zostawiły i do dziś są z wielką serdecznością wspominane.
Jednym z największych skarbów, jakie trafił w ręce pani Teresy, jest z kolei tablo ze zdjęciami, imionami i nazwiskami mieszkańców Bogacicy, którzy brali udział w pierwszej wojnie światowej.

Znajoma znalazła je na dzikim wysypisku śmieci. Tablo zawiera 163 zdjęcia i nazwiska, w tym 64 poległych. Do dziś ich rodziny mieszkają w Bogacicy i okolicach. Znalazłam też na pamiątkowej tablicy brata mojego dziadka. Nawet gdybyśmy chcieli odtworzyć tę historię, to nigdy by nam się to nie udało, gdyby przez przypadek ta fotografia nie została uratowana i gdyby do mnie nie trafiła.
Stowarzyszenie marzy o tym, aby wydać zdjęcia wraz z opisami w formie albumu.

Teresa Bursy z pasją archiwizuje zdjęcia związane z Bogacicą i odkrywa nieznane, fascynujące historie.

Chcielibyśmy ukazać życie Bogacicy w ciągu ostatnich stu lat. Naszą skarbnicą wiedzy jest ksiądz Herbert Simon, który wiele wie, ma mnóstwo zapisków i pamięć fenomenalną. Z dzieciństwa chyba wszystko pamięta. Mamy nadzieję, że z jego pomocą, a także dobrych ludzi, którzy zechcą podzielić się z nami swoimi fotografiami i opowieściami, nam się to uda. To byłaby wielka rzecz.
MZ

Wstecz Czerwone róże, róże są … - zakochana w kwiatach
Dalej Krzepicki unikat