Można uczyć inaczej


Katolicka Niepubliczna Szkoła Podstawowa rozpoczęła drugi rok swojej działalności. Okazuje się, że szkoła bez dzwonków, ocen, zadań domowych, narzuconych podręczników i sztywnego planu lekcji może świetnie funkcjonować.

Katolicka Niepubliczna Szkoła Podstawowa prowadzona jest przez Fundację Artem Silesiam Promovere. Rozpoczęła działalność w roku szkolnym 2018/2019 w budynku dawnego Publicznego Gimnazjum nr 3 przy ulicy Wolności. W maju tego roku przeniosła się do budynku w Biadaczu, użyczonego jej przez gminę. Budynek ten musiał przejść gruntowną przebudowę przede wszystkim po to, aby dostosować go do obowiązujących norm bezpieczeństwa – mówi Grażyna Sokołowska, prezes Fundacji. – Dzięki temu mogliśmy stworzyć takie wnętrze jakie sobie wymarzyliśmy – nowoczesne, przyjazne, kolorowe, wesołe, w którym uczniowie będą się dobrze czuć.
Pieniądze na przebudowę i wyposażenie obiektu Fundacja pozyskała częściowo z funduszy unijnych, częściowo z zaciągniętego kredytu.
Od września naukę rozpoczęły tu cztery klasy – pierwsza, czwarta oraz siódma i ósma. Dyrektorem szkoły jest ksiądz Piotr Glinka, dziekan dekanatu kluczborskiego i proboszcz parafii w Kraskowie.
Szkoła w Biadaczu działa bez dzwonków, narzuconych z góry podręczników i sztywnego planu lekcji.

Ale musieliśmy się tego uczyć wszyscy – nauczyciele, uczniowie i rodzice – mówi Zofia Krokosz-Krynke. – Wszyscy mieliśmy nawyki ze szkół systemowych. W takiej placówce też rozpoczęliśmy działalność. Pierwsze trzy miesiące to była walka z przyzwyczajeniami. Na dźwięk dzwonka podświadomie uruchamiał się odruch Pawłowa – koniec, trzeba wstać i wyjść bez względu na to, co się dzieje. Okazało się, że bardzo trudno jest wprowadzić zmiany. Jeśli dostaje się człowieka nieukształtowanego, to nie ma problemu, on naturalnie przyjmie wszystko, co mu się oferuje. Natomiast każda próba wprowadzenia zmiany była trudna; zgodnie z teorią wprowadzania zmian trzeba było najpierw przejść etap rozmrożenia, potem wprowadzenia zmiany i zamrożenia, czyli zaakceptowania nowych zasad i reguł.
Podobnie było z 1,5-godzinnymi zajęciami – bo w takim systemie placówka pracuje.

Okazało się, że to świetne rozwiązanie, gdyż można bardzo dużo podczas takich zajęć zrobić – tłumaczy Zofia Krokosz-Krynke. – Jeśli pracuje się metodą ćwiczeniową, to dla dzieci wcale nie jest za długo i nie mają problemu z tym, aby się skupić.
Nie ma też stałych planów lekcji.

Pracujemy systemem modułowym, plany się zmieniają, ale dzięki temu nie ma zastępstw i nie przepadają lekcje – informuje Zofia Krokosz-Krynke. – Jeśli któregoś z nauczycieli nie ma, na lekcje idzie inny i realizuje zajęcia ze swojego przedmiotu. Elastyczność systemu pozwala na to, że nic pod drodze się „nie gubi” i podstawę programową realizujemy w stu procentach.
Uczniowie wiedzę czerpią nie tylko siedząc w szkolnych ławach – np. lekcję biologii poświęconą budowie komórek mieli w kluczborskim Powiatowym Inspektoracie Weterynarii, znajomość angielskiego ćwiczyli w praktyce podczas wizyty wolontariuszy z Taizè, a historii, estetyki i sztuki uczyli się na wystawie rysunków Rembrandta, którą niedawno można było oglądać w Opolu.

Pierwszoklasiści ze swoją wychowawczynią Kamilą Mazur.

Staramy się realizować różne formy edukacji – tak, żeby było aktywnie, ciekawie i efektywnie – tłumaczy Grażyna Sokołowska. – Ale nie tylko się bawimy, a bardzo solidnie realizujemy podstawę programową, aby uczniowie jak najlepiej zdali egzamin na koniec ósmej klasy i dostali się do wymarzonych szkół. Nie wymagamy tego, aby każde dziecko było bardzo dobre z każdego przedmiotu. Skupiamy się na mocnych stronach i je rozwijamy.
Jak zapewniają nauczyciele, takie podejście procentuje.

Najważniejszym efektem jest to, że dzieci zrozumiały, iż nie uczą się ani dla rodziców, ani dla nauczycieli, ale dla siebie – mówi matematyk Grzegorz Zagórski. – Uczniowie coraz chętniej pracują samodzielnie i można im zawierzyć. Na przykład siódmo- i ósmoklasiści sami przygotowali uroczystość z okazji Dnia Nauczyciela, jednocześnie angażując młodsze klasy. I wszystko było na bardzo wysokim poziomie.
A co to znaczy, że szkoła jest katolicka?

Religii jest tyle samo ile w szkole systemowej – wyjaśnia ks. Piotr Glinka. – Różnica jest taka, że rano się modlimy, raz w miesiącu mamy Mszę świętą i dzień skupienia. Nie prowadzimy indoktrynacji, wychowujemy, na co często szkoły nie mają czasu – pod tym też kątem dobieraliśmy nauczycieli. Uczymy otwartości, uczciwości, szacunku do drugiego człowieka i wrażliwości. Stawiamy na relacje, rozmowy, budowanie wspólnoty i dlatego na przykład do klas nie można wnosić telefonów komórkowych. Wysoko zawieszamy poprzeczkę, jesteśmy wymagający, ale to dla dobra uczniów.
Pierwszoklasiści – Lena i Aleksander – zgodnie podkreślają, że uwielbiają chodzić do szkoły.

Marysia i Ania Wieczorek chwalą sobie to, iż w szkole w Biadaczu klasy nie są liczne, a nauczyciele maja czas dla uczniów.

Prowadzę z nimi glottodydaktykę, wprowadzamy metodę Montessori, a także stosuję imersję językową, czyli mówię do nich po polsku i angielsku, przez co cały czas oswajamy się z językiem obcym – wyjaśnia nauczycielka Kamila Mazur. – A oprócz tego jest bardzo dużo ruchu i zabawy.

Żałuję, że ta szkoła nie powstała wcześniej – mówi ósmoklasistka Maria Wieczorek. – Więcej się tu uczę, dzięki temu, że jest nas mniej w klasie. Nauczyciel poświęca więcej czasu jednej osobie, ma czas każdemu wszystko wytłumaczyć.

Jesteśmy małą grupą i to jest fajne, bo nie dość, że potrafimy się lepiej dogadać między sobą, to ponadto nauczyciel poświęca nam czas indywidualnie i wie, na jakim poziomie jest każda osoba w klasie – zauważa Ewa Smolin. – W dużej liczebnie klasie jest to niemożliwe. A nam zależy na tym, by nauczyć się jak najwięcej i jak najlepiej napisać sprawdzian na koniec podstawówki, bo jego wynik będzie rzutować na naszą przyszłość.

W większej klasie baliśmy się zapytać o coś, czego nie rozumiemy z obawy, że zostaniemy wyśmiani – wyjaśnia Anna Wieczorek. – Tutaj mamy ze sobą lepszy kontakt i wiemy, że wszyscy z wszystkiego nie są perfekcyjni, nie ma śmiania się z siebie.

Może to dziwnie zabrzmi, ale lubimy chodzić do szkoły – stwierdza Bartosz Nakonieczny. – Minusem jest tylko wczesne wstawanie – dowóz do szkoły jest o 6:50, a lekcje zaczynają się o 7:30 – ale za to jakie piękne widoki możemy podziwiać.

Już nie wrócilibyśmy do tradycyjnej szkoły – mówią Mikołaj Respondek i Anna Brzana.
A jakie są odczucia rodziców?

Mam świadomość, że inne metody nauczania nie sprawią magicznie, że wiedza wskoczy dziecku do głowy – stwierdza Urszula Giedrojć-Brzana. – Na wyniki trzeba zapracować wszędzie. Wiemy jednak, że dzieci masowo biorą korepetycje i chodzą na zajęcia dodatkowe, mimo że godzin w szkole spędzają bardzo dużo. Tutaj blokowy plan zajęć, fakt, że o przerwie decydują sami, możliwość niemal indywidualnej pracy z dzieckiem sprawiają, że jest ono w stanie popołudnia poświęcić na realizowanie swoich zainteresowań. Zadania domowe, jeśli się pojawiają, są sensowne i mało absorbujące. Brak ocen nie sprawił, że moje dziecko przestało przejmować się nauką. Przeciwnie, widzę że córka zaczyna czuć się odpowiedzialna za to co robi. Plany na przyszłość, które zaczęła snuć, na pewno są w jej przypadku o wiele bardziej motywujące niż oceny. Nie wspominam tu o ilości pomocy dydaktycznych, o samym nowocześnie wyremontowanym budynku, pięknych klasach, o pufach, kocach, możliwości zaparzenia sobie przez dzieci herbaty, kolorowej czystej toalecie, otoczeniu szkoły, co również wpływa na to, że przyjemnie jest tam po prostu być. Bardzo się bałam zmiany szkoły. Dziś jednak uważam, że była to bardzo dobra decyzja. Moje dziecko chce iść do szkoły, czuje się w niej dobrze, widzę że jest spokojne i szczęśliwe.
MZ

Wstecz Szachy, bule i moc atrakcji
Dalej Rodzin zastępczych jest za mało