To było święto teatru


Przez trzy dni w Kluczborskim Domu Kultury trwał Festiwal Teatralny Siódme Poty Teatru. Publiczność miała okazję obejrzeć bardzo różnorodne spektakle – od teatru tańca do videoperfomance’u.

Festiwal Teatralny Siódme Poty Teatru rozpoczął się w piątek 27 września i trwał do niedzieli 29 września. Jego organizatorami byli Living Space Theatre oraz KDK.
Living Space Theatre powstał w 2016 roku jako idea nomadycznego teatru żywej przestrzeni. Zrzesza młodych twórców, a jednym z jego założycieli jest kluczborczanin Grzegorz Łabuda, absolwent miejscowego Zespołu Szkół Ogólnokształcących oraz Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie – Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu. Był on także stypendystą ministra kultury i dziedzictwa narodowego za wybitne osiągnięcia artystyczne. Laureat konkursów międzynarodowych, współpracujący z Galerią Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach, Teatrem im. Słowackiego w Krakowie i Teatrem Tańca Caro w Siedlcach.
Idea festiwalu teatralnego w Kluczborku narodziła się w maju tego roku, kiedy to Living Space Theatre prowadził w KDK warsztaty teatralno-taneczne dla dzieci i wraz z nimi przygotował spektakl „Kształty”. Wówczas z panią dyrektor KDK Bożeną Kędzią pomyśleliśmy, by może zrobić coś więcej – mówił Grzegorz Łabuda. – Efektem tego „więcej” jest właśnie festiwal.
Rozpoczął się on od spektaklu „Jezus Maria, uchodźca” w wykonaniu i według scenariusza aktorów Living Space Theatre. Publiczność oprócz Grzegorza Łabudy mogła na scenie zobaczyć także Jakuba Margosiaka oraz Annę Mikułę.

Duża część historii jest oparta na wspomnieniach mojej babci, która w 1956 roku w wyniku repatriacji przyjechała do Polski z Ukrainy – opowiadał Grzegorz Łabuda. – Też w jakimś sensie doświadczyła uchodźstwa i związanego z nim poczucia straty, wyobcowania, alienacji, odrzucenia. Ale w scenariuszu są też wątki dodane. Nie są to zmyślne historie, a oparte na faktach.
Jak wyjaśniali twórcy, pomysł przedstawienia o tak poważnej tematyce, pojawił się już dawno.

Ale jego rozwinięcia, które ułoży się w sceniczną fabułę, szukaliśmy długo – mówili. – Robiliśmy bardzo dokładny risercz, szukaliśmy w prasie, internecie, w literaturze. Mnóstwo materiału przekopaliśmy, aby dotrzeć do sedna.
Twórcy rozpoznając temat bazowali także na doświadczeniach i opowieściach polskiej wolontariuszki, która pracowała kilkakrotnie w obozie dla uchodźców. Ale to nie wszystko. Anna Mikuła pojechała do Brukseli, by uczestniczyć w warsztatach dla artystów i imigrantów.

Poznałam osoby, które starają się o azyl – relacjonowała. – Pomagałam w obozach dla uchodźców i w ośrodkach. Chociaż jest takich miejsc w Brukseli wiele, niekiedy niestety imigranci śpią w parkach, bo nie mają schronienia. Mieszkańcy miasta, które jest wielokulturowe, starają się im pomagać. Usłyszałam wiele poruszających opowieści, o najtrudniejszych etapach ich tułaczki. A najtrudniejsze jest to, że nikt z nich nie ma praktycznie kontaktu z rodziną.

Publiczność miała okazję zobaczyć różnorodne prezentacje.

Skupialiśmy się na tym, na czym polega kryzys uchodźców i jak są traktowani – wyjaśniał Grzegorz Łabuda. – Bardzo często ludzie nie są przygotowani na ich obecność, nie wiedzą, jak do nich podchodzić, jak z nimi rozmawiać. Często zdarza się, że na polskiej granicy pogranicznicy uparcie przepytują ich po polsku i się irytują, że nie uzyskują odpowiedzi. To absurdalne podejście.
Jedną z najbardziej poruszających historii opowiedzianych w sztuce, była ta oparta na przeżyciach młodej dziewczyny, która zdecydowała się wyjechać za lepszym życiem ze swej ojczyzny. Ludzie, którzy mieli ją zawieźć do lepszego świata, okazali się oszustami. Wylądowała w Maroku na ulicy. Poznała chłopaka, zaręczyła się i wraz z nim zdecydowała się ruszyć do Europy. Przez morze przeładowaną łodzią. Na środku wzburzonej toni statek zatonął. Wielu współpasażerów bohaterki sztuki nie miało siły walczyć o swoje życie, w tym jej narzeczony. Dwudziestolatka została obarczona dwojgiem kilkumiesięcznych dzieci, których bliscy byli zbyt zmęczeni, by żyć. Po kilkudniowym dryfowaniu w zimnym morzu, wybrali śmierć.

Festiwal otworzyła Bożena Kędzia, dyrektor Kluczborskiego Domu Kultury.

Uchodźcy mają bardzo trudno – opowiadali twórcy spektaklu. – Przyjeżdżają do obcego wrogiego środowiska, do którego w zdecydowanej większości nie chcą przyjeżdżać. Kto o zdrowych zmysłach, bez zewnętrznego przymusu wsiadałby z dzieckiem do przepełnionego pontonu i płynął wzburzonym morzem w nieznane? Sytuacje, w których się na to decydują, są naprawdę ekstremalne. Co musi strasznego się dziać w ich ojczyznach, że ludzie ryzykują swoje życie i życie swoich dzieci?
Premiera przedstawienia, które jest czwartym w dorobku Living Space Theatre, odbyła się w Katowicach. Grane było także m.in. w Świnoujściu, Opolu i Ostrowie Wielkopolskim.

Chcieliśmy pokazać, że uchodźcy nie są tematem nowym, zawsze byli i będą, zwłaszcza w naszej kulturze – tłumaczyli twórcy. – Uchodźcami byli chociażby Maryja, Józef i Dzieciątko. Chcieliśmy pokazać, że każdy uchodźca ma inną twarz, każdy ma swoją historię, potrzeby, kulturę, doświadczenia i inne powody, że opuścił swój kraj. I nie zawsze jest to muzułmanin i terrorysta. Dużo uchodźców to czarnoskórzy katolicy.
Publiczność miała także okazję zobaczyć inne spektakle: „Sen Kalibana” (reż. P. Wach i J. Nepsujewicz), „SON isolado” (reż. B. Burszta, K. Czarnowicz) w wykonaniu Akademii Teatralnej Białystok, „Moja gra” (reż. D. Jacewicz) Teatru Brama z Lublina, „Exit” (reż. A. Miedviedieva, L. Szulc) Teatru Business Club, „As much” (reż. A. Obszańska), „Na solo”, „Co-working” (reż. M. Kowalczyk) – wszystkie trzy w wykonaniu Akademii Sztuk Teatralnych Kraków oraz „Kosmetyka wroga” (reż. G. Grecas) Teatru Układ Formalny.
Wydarzenie było współfinansowanie przez Urząd Miejski w Kluczborku, Starostwo Powiatowe i Urząd Marszałkowski w Opolu.
MZ

Wstecz Chcą odzyskać „swoją” szkołę
Dalej O Rosji, Japonii i Islandii