W kwadrans przerzucił ponad 68 ton


Pan Jerzy kilka miesięcy temu żegnał się ze sportem wyczynowym. Ale jak widać natury pokonać się nie da. 1 września – z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej – znów chwycił za sztangę. Tym razem była to sztanga o wadze sześćdziesięciu pięciu kilogramów, bo tyle rekordów mam na koncie – mówi Jerzy Krzciuk. – Zdecydowałem się zrobić z takim obciążeniem najtrudniejsze pompki, czyli pompki tyłem.
Kluczborczanin wykonał aż 1050 powtórzeń! Tym samym w piętnaście minut przerzucił ponad 68 ton!

Nie powiem, łatwo nie było – relacjonuje wyczynowiec. – Tę liczbę pompek wykonałem w zaledwie dziesięciu seriach. Trudno było złapać oddech, ale udało się.
Pan Jerzy podkreśla, że w ten sposób chciał przede wszystkim uczcić pamięć swoich bliskich, którzy walczyli z hitlerowskim terrorem, a pochodzi z bardzo patriotycznej rodziny, która nigdy się nie oszczędzała, jak ojczyzna była w potrzebie.

Ale także moim zamiarem było sprawdzenie swoich możliwości – tłumaczy. – Całe sportowe życie sprawdzam, gdzie jest ich granica i okazuje się, że dzięki systematycznej pracy, żmudnym treningom i Bożej pomocy, ten kres można przesuwać. Sam siebie zadziwiam.
Multirekordzista podkreśla, że kolejny rekord ustanowił wbrew medycynie i metryce.

Lekarze odradzali taki wysiłek, ale nie posłuchałem ich, bo czuję się mocny, wręcz powiedziałbym, że zdrowy jak koń – śmieje się pan Jerzy. – Aż trudno uwierzyć, że za trzy miesiące skończę osiemdziesiąt jeden lat. Czuję się młody ciałem i duchem. Chcę też innych zachęcać do tego, by metryką za bardzo się nie przejmowali i nie traktowali zbyt poważnie swojego wieku, bo sport i aktywność są sprzymierzeńcami, a nie wrogami.
Pan Jerzy zaznacza, że przy każdej próbie bicia rekordu – czy to ze sztangą, czy morsowego – przyświeca mu określone motto, które go motywuje i dodaje siły w chwilach zwątpienia. Tym razem był to fragment Starego Testamentu, a dokładnie Księgi Powtórzonego Prawa: „Bądź mężny i mocny, nie lękaj się, nie bój się, gdyż Pan, Bóg twój, idzie z tobą, nie opuści cię i nie porzuci.”

Uważam, że to, iż mogę bić rekordy i ustanawiać tak niebywałe wyniki, nie jest moją zasługą, ale Bożą łaską – wyjaśnia. – To rodzaj talentu, a te, jak wiadomo, trzeba rozwijać. Myślę więc sobie, że skoro dostałem taki dar, to muszę robić z niego użytek, aby się nie zmarnował. W życiu łatwo jest się poddać, zgnuśnieć, popaść w bierność – i fizyczną, i duchową. Treningom i kolejnym wyzwaniom zawdzięczam to, że żyję, jestem sprawny. Mam nadzieję, że mój przykład też innych zainspiruje do tego, by żyli na maksimum swoich możliwości, dobrze i pięknie, by niczego później nie żałowali.
Rekordzista podkreśla, że tak dobrą formę zawdzięcza też żonie Zofii i jej troskliwości.

Żona wprawdzie nie wszystkie moje wyczyny przyjmuje bez zastrzeżeń, chciałaby, abym przestał bić rekordy, co wynika z tego, że się o mnie boi – mówi Jerzy Krzciuk. – Ale tak naprawdę jest moją najlepszą mentorką, bez której niewiele bym dokonał, za co bardzo jej dziękuję.
MZ

Wstecz Jechali szlakiem dawnych granic
Dalej Niepełnosprawni niewiele się od nas różnią