Byłam więźniarką Dachau


Dzieciństwo pani Heleny Witkowskiej-Bojko przekreśliła wojna. Doświadczyła wtedy wysiedlenia, wywózek, obozu koncentracyjnego, przymusowych robót, totalnego braku poczucia bezpieczeństwa. Otarła się o śmierć. Cudem jej uszła.

Przed wojną …
Pani Helena Witkowska-Bojko, z domu Wojtasik, urodziła się w 1930 roku, a wychowywała w Ludwinowie-Jeziorku w gminie Łubnice w powiecie wieluńskim, obecnie wieruszowskim. Pochodziła z licznej rodziny. Była najmłodszą spośród siedmiorga dzieci. Miała pięciu braci: Antoniego, Władysława, Lucjana, Bronisława, Stanisława i siostrę Teodozję. Kiedy miała niespełna 2 lata, zmarł ojciec. Prowadzeniem kilkuhektarowego gospodarstwa zajął się wówczas Antoni – najstarszy spośród rodzeństwa. W domu się nie przelewało. Brakowało nawet na odpowiednie dla niej ubranie do szkoły. Kiedy 1 września 1939 r. wybuchła wojna, część mieszkańców Jeziorka, szczególnie mężczyźni, uciekła przed Niemcami. Wojtasikowie zostali w domu. Po przejściu frontu, gdy sytuacja się trochę uspokoiła, uciekinierzy powrócili. Wszystkich ogarnął niepokój o przyszłość.
Pod okupacją …
Zapanowały niemieckie porządki. Terror, wysiedlenia, aresztowania. Rozpoczęły się wywózki na roboty przymusowe. W rodzinie Wojtasików dotknęły one Teodozję oraz Władysława, Lucjana i Bronisława. Teodozja wywieziona została do fabryki lotniczej w Poznaniu, Lucjan i Władysław do Opola, a Bronisław był na robotach przymusowych w Borkowicach za Kluczborkiem. Na robotach przebywali do końca wojny. W Jeziorku pozostali tylko matka, Antoni, Stanisław i Helenka.
W tym właśnie okresie Helenka przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej. Do jej przyjęcia przygotowywał ją i trójkę innych dzieci ksiądz Roman Drojewski, proboszcz Dzietrzkowic. Nie mieszkał on już na plebanii, bo Niemcy go z niej wysiedlili, ale u jednego z gospodarzy – Nowaka. Katechizmu uczył ich potajemnie za stodołą. Kościół w Dzietrzkowicach, jak i w wielu innych miejscowościach, został przez Niemców zamknięty. Po każdym spotkaniu ksiądz napominał dzieci, aby nie szły razem i wracały polnymi drogami. Dzień po ich pierwszej spowiedzi, która odbyła się też za stodołą, Niemcy księdza aresztowali i wywieźli do obozu koncentracyjnego w Dachau. Zmarł tam pół roku później. Pierwszej Komunii później udzielił dzieciom ksiądz z Łubnic, potajemnie na cmentarzu w tej miejscowości.
Wysiedleni …
W 1941 r. Wojtasików wraz z dwiema innymi rodzinami Niemcy wysiedlili do odległej o 3 km Kolonii Dzietrzkowice. Ich budynki i grunty zajął Niemiec osiedlony po 1939 r. w tej miejscowości, który posiadał ziemię również w Jeziorku. Chciał on w ten sposób powiększyć swoją posiadłość. Wojtasikowie i dwie pozostałe rodziny zamieszkały w budynkach, które ów Niemiec do tej pory zajmował. Przydzielono im niewielki skrawek pola, z którego musieli żyć.
W obozie w Łodzi …
W 1943 r. rodzinę dotknął kolejny dramat. Pani Helena wraz z matką i dwoma braćmi została wywieziona do obozu przejściowego w Łodzi, w którym zostali uwięzieni.

Przyjechały ciężarówki – opowiada pani Helena Witkowska-Bojko. – Zabraliśmy tylko do worka trochę odzieży, duży bochenek chleba. W obozie przebywali 2 miesiące. Mieścił się on na terenie dużej fabryki. Była ona ogrodzona kratami, a więźniowie nie mogli wyjść poza jej teren. Mogli jednak przemieszczać się w jej obrębie. Rodzin nie rozdzielono. Ludzie spali na pozwijanych kłębach watoliny.
We wrześniu siedemnaście uwięzionych tu rodzin załadowano do pociągów. Rozpoczął się kolejny etap gehenny Wojtasików.
W Dachau …

Wieźli nas w wagonach towarowych, bez okien – wspomina pani Helena. – Mieliśmy ze sobą worek z lumpami, który zabraliśmy z Kolonii Dzietrzkowice. Jedzenie dawali w drodze. Pociąg jechał tylko nocami. W ciągu dnia stał w lasach. Tak dojechaliśmy do Monachium. Tu załadowali nas wszystkich na ciężarówki osłonięte plandekami, spod których nie było nic widać i powieźli dalej. Nie wiedzieliśmy gdzie. Brat Stanisław odważył się uchylić plandekę i odczytał napis: Dachau. Powiedział do jadącego z nami pana Lipiety: „Panie Lipieta, pan wie, że my jedziemy do Dachau?”. Ten odpowiedział: „Dziecko, co ty też głupstwa opowiadasz. A nas za co? W Dachau to są tylko księża”.
Rację miał jednak Stanisław. Przez bramę z napisem: „Arbeit macht frei” wjechali na teren obozu koncentracyjnego Dachau. Przebywali w nim 11 miesięcy. Przywiezionych więźniów umieszczono w drewnianych barakach odgrodzonych i odizolowanych od murowanej części obozu, w której byli m.in. uwięzieni księża. Pani Helena wspomina, że nigdy żadnego z nich nie widziała. Wojtasików i innych rodzin nie rozdzielono. Nie odebrano im również przywiezionych przez siebie z Łodzi rzeczy. Więźniowie chodzili w swoich ubraniach, na których musieli naszyć literę „P”. Nie mieli wytatuowanych numerów.
Nadzór na nimi sprawowali gestapowcy i esesmani. Obozowy dzień rozpoczynał się i kończył apelem. Na porannym przydzielano więźniom pracę, potem szli do nakazanych zajęć. Mężczyźni wykonywali różne ciężkie roboty. Kobiety najczęściej pracowały w polu.

Nie wiem, co to była za roślina – wspomina pani Helena. – Było widać rządki. Dali nam jakby obrączki na drewnianych tyczkach i trzeba było nimi skrobać ziemię między rządkami. To nie było hakanie. Musiałyśmy tylko poruszyć ziemię. A ta ziemia to same kamyki. Robiłyśmy to na kolanach. Nie wolno było wstać i nachylić się. Jaka to była męka!
Jedzenie wydawano trzy razy. Rano i wieczorem były to dwa kawałki suchego chleba i kubek gorzkiej kawy zbożowej. W południe więźniowie dostawali w aluminiowych miskach chochlę zupy. Każdy musiał je odebrać sam, nawet małe dzieci.

Widziałam, jak matka dwójki dzieci przelała zupę z misek do kanki – pamięta pani Helena. – Podeszła strażniczka i tę zupę jej wylała.
Więźniom nawet w barakach nie wolno było rozmawiać ze sobą. Byli za to często bici. Nikt nie wiedział, czy dożyje następnego dnia. Szczególnie surowo traktowani byli dorośli mężczyźni.

Po porannych apelach, gdy mężczyźni wychodzili do pracy, mama ciągle mówiła: „Boże, czy my zobaczymy jeszcze naszego Antka” – wzrusza się pani Helena. – W 1944 roku na jednym z apeli odliczono stu więźniów. Wśród nich Antka. Wyprowadzono ich poza obóz. Kazano wykopać duży dół. Potem pośród nich odliczono pięćdziesięciu i rozstrzelono z karabinu maszynowego. Czy był zabity, czy ranny, wrzucano go do dołu. Ci, którzy zostali, musieli zdjąć buty, zasypać dół i udeptywać. Mieli porżnięte stopy, w ziemi były kamienie i szkło. Pamiętam jak dziś, że kiedy brat wrócił wieczorem do baraku, usiadł na worku z naszymi lumpami. Oparł się o filar, bo nie było ani stołka, ani żadnej ławki, tylko trzypiętrowe prycze, mama klękła koło niego i powiedziała: „Antek, ja ci zdejmę buty”. A on: „Mamo, nie zdejmuj, bo ja tam mam pełno krwi. Jutro butów już bym nie ubrał”. I tak przesiedział na tym worku do rana. A rano znów na apel trzeba było iść.
Młodszy, Stanisław, chodził do innych robót. Pytany przez matkę, gdzie był i co robił, odpowiadał: „Lepiej, żebyś mamo o tym nie wiedziała”. A na pytanie, czy nic go nie boli, mówił: „Mamo, patrz, jak Antek cierpi”.
W sierpniu 1944 r. Niemcy rozpoczęli wywożenie z obozu więźniów umieszczonych w barakach. Helenka miała wówczas 14 lat.

Wtedy otarłam się o śmierć – pani Helena mówi łamiącym się głosem. – Jak każdego dnia zrobili apel. Tym razem małe dzieci, starych i niezdolnych do pracy odłączyli od reszty. Nikt nie wiedział po co. Mnie też odłączono od mamy i braci. Zdolnych do roboty załadowali na dwie ciężarówki. Wtedy podszedł Niemiec i powiedział do mnie i do drugiej dziewczynki, że mamy zaprowadzić stojących przy nas staruszków do budynku znajdującego się obok. Że nie jesteśmy zdolni do pracy i pójdziemy do domu opieki. Ci staruszkowie byli z Rzepiska, niedaleko Jeziorka. Weszliśmy do jednej z sal. Było tam już więcej ludzi – starzy i dzieci. Pielęgniarki w białych fartuchach i czepkach kazały nam rozebrać się do naga. Ubrania rzuciliśmy na jedną kupę. Ostrzyżono nas, a potem przepędzono do drugiej sali. Były w niej dwa rzędy ławek, na których stały aluminiowe miski wypełnione do połowy jakimś płynem. Powiedziano nam, że to środek odkażający i kazano się nim wysmarować. Musiałyśmy z tą drugą dziewczyną wysmarować również staruszków. Gdy to zrobiłyśmy, przeszliśmy do trzeciej sali. Tu już nie biegały tamte siostry tylko osoby bez czepków i fartuchów. Było nas dużo. Nie wiedzieliśmy, gdzie się znajdujemy. Widziałam tylko drzwi, które się rozsuwały i zasuwały, za którymi było kolejne pomieszczenie i jak weszła do niego grupa więźniów. Nie wiedziałam, co tam było. My mieliśmy wejść za chwilę. Nasza czwórka była w siódmym szeregu od tych drzwi.
Wtedy ogłoszono alarm. Wszyscy Niemcy uciekli do schronów.

A my zostaliśmy w tej sali – kontynuuje pani Helena. – W tym momencie przybiegła do nas córka staruszków, którzy byli z nami. Siedziała ona już na tych autach, które miały wywieźć więźniów z obozu. Ale ich kierowcy też uciekli do schronów, więc ciężarówki z więźniami stały na placu. Złapała ona jakiś duży ręcznik, okryła nim swego ojca, na matkę wrzuciła halkę i zabrała ich na samochody. Do nas zaś powiedziała po cichu: „A wy jak chcecie dziewuszki to lećcie za mną”. Narzuciłyśmy na siebie jakieś koszule wzięte z kupy i pobiegłyśmy za tą kobietą. Wszyscy inni pozostali. Nawet nie wiedziałyśmy, że uciekamy. Pamiętam, jak moja mama wyciągnęła ręce, wciągnęła mnie na ciężarówkę, uściskała mnie i powiedziała: „Dziecko, gdzieś ty już była!”. I wtedy dowiedziałam się, że za tymi rozsuwającymi się drzwiami była komora gazowa. A to, czym żeśmy się smarowały, było po to, aby nasze ciała lepiej się paliły. Za chwilę odwołano alarm, kierowcy wrócili do ciężarówek, zapalili silniki i odjechaliśmy.
W ten sposób pani Helena, jej matka, bracia i inni więźniowie opuścili obóz w Dachau.
Na robotach przymusowych w Bawarii …
Zawieziono ich do Monachium, a stąd do powiatowego Landsbergu.

Przyjechał tu jakiś Niemiec i zabrał siedem rodzin – wspomina rozmówczyni. – Każda z nich była dwuosobowa, tylko nas była czwórka. Zawiózł do swojego, dużego domu, a tam już czekali inni Niemcy – gospodarze. I wybierali spośród nas. Jeden potrzebował kobiety do dojenia krów, inny – chłopa do roboty. Moi bracia poszli do różnych gospodarzy. A ja trzymałam się cały czas mamy. Potem i mamę zabrał jeden z Niemców, a ten, który nas tu przywiózł, powiedział do mnie: „Ty, dziewczynko, zostaniesz tutaj”. Przeraziłam się, moja mama poszła, a ja zostałam sama. Zaprowadził mnie na poddasze swojego domu. Było wtedy bombardowanie i burza, a ja calutką noc przestałam w oknie. Rano przyszedł do mnie brat i powiedział, że nie będziemy spać u gospodarzy, bo jesteśmy więźniami i musimy w nocy przebywać w zamknięciu razem. Dwa miesiące mieszkaliśmy wszyscy w baraku. Rano wstawaliśmy i szliśmy do roboty, a po robocie wracaliśmy do tego baraku. Później przywieziono 17 francuskich jeńców i musieliśmy opuścić dla nich barak. Zamieszkaliśmy znów u gospodarzy. Ci jeńcy też u nich pracowali. Moja mama robiła u gospodarza obok.
Niemiec, u którego przebywała Helenka, okazał się być dobrym człowiekiem. Być może wpłynął na to fakt, że w 1944 r. stracił na froncie dwóch swoich synów, a może to, że dziewczynka była bardzo pracowita i sumienna. Z czasem zezwolił nawet Helence, aby nocowała u mamy.
Po wojnie …
4 kwietnia 1945 r. wioskę, w której przebywali Wojtasikowie, zajęli Amerykanie. Dla rodziny skończyła się niewola, ale nie skończył pobyt w Niemczech. Nikt się nimi nie interesował, nikt nie udzielił pomocy. Aby przeżyć, w dalszym ciągu pracowali u tych samych ludzi. Nie obawiali się jedynie o swoje życie. Do kraju nie mogli wrócić, ponieważ koleje były zniszczone. Dopiero w listopadzie Amerykanie przewieźli ich pociągami do Polski – do Dziedzic na Śląsku. Tutaj otrzymali bilety kolejowe ważne 14 dni i pociągiem przyjechali na stację w Czastarach.
27 listopada 1945 r., po 5 latach, Wojtasikowie powrócili do swego domu w Jeziorku. Ale nie wszyscy się w nim spotkali, chociaż wszyscy przeżyli wojnę. Dwóch braci było w tym czasie już w wojsku, walczyli z bandami ukraińskimi. Budynek trzeba było wyremontować, ponieważ Niemiec, który spowodował wysiedlenie rodziny do Kolonii Dzietrzkowice, zamienił dom w oborę. Remont zrobili bracia pani Heleny.
Rozpoczynało się nowe życie. Niestety, w 1946 r. zmarł z wyczerpania pobytem w Dachau i na robotach najstarszy z rodzeństwa, Antoni. Miał 28 lat.
Dziś pani Helena ma 89 lat i mieszka w Dobiercicach. Jest szczęśliwą mamą, babcią i prababcią. Mimo swoich wojennych doświadczeń, nie utraciła wiary w ludzi i jeszcze bardziej jest przekonana, że w życiu najważniejsze jest dobro.
Elżbieta Wodecka

Wstecz W klimatycznym kolorze
Dalej Te same duchowe pragnienia