Od Cassino po D-Day


Pięćdziesiąt jeden osób, dziesięć samochodów i ponad sześćset przejechanych kilometrów – tak członkowie Szwadronu Wojskowych Pojazdów Historycznych uczcili 75. rocznicę bitwy pod Monte Cassino. W mniejszym składzie byli też w Normandii.

Szwadron Wojskowych Pojazdów Historycznych kultywuje tradycje Pułku 4. Pancernego „Skorpion”, który w czasie drugiej wojny światowej wchodził w skład Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i brał udział w bitwach m.in. pod Monte Cassino, nad Adriatykiem, w Apeninach i o Bolonię. Członków grupy historycznej nie mogło więc zabraknąć na obchodach 75. rocznicy tych wojennych wydarzeń.

– W sumie pojechało pięćdziesiąt jeden osób, głównie z powiatu kluczborskiego, ale także z Warszawy, Wrocławia, Gdańska, Oławy, Jelcza-Laskowic, Bytomia, Katowic, Myszkowa i Kępna – mówi komandor rajdu Adrian Mamzer.

Razem z nimi dziesięć zabytkowych wojskowych wozów – jeepów willysów oraz dodge’ów.

– Do Włoch jechaliśmy autobusem, a samochody na lawetach – opowiada Adrian Mamzer. – Już na miejscu zabytkowe auta jechały na kołach. Wszystkie pokonały trasę szczęśliwie i bez awarii, a przejechaliśmy łącznie czterysta dwadzieścia mil, to około sześćset siedemdziesiąt kilometrów.

Pierwszym przystankiem członków szwadronu było Cassino.

– Na terenie Cassino byliśmy cztery dni – relacjonuje komandor rajdu. – Mieszkaliśmy na Górze Klasztornej, obok cmentarza, na łące u znajomego Włocha. Pogoda była włoska, ale nie taka jaką znamy z folderów biur podróży. Był deszcz na zmianę ze słońcem. Przed naszym przyjazdem cały czas padało. Kilka dni wcześniej na łące rozbiła się grupa rekonstrukcyjna z Anglii i mieszkała… w błocie. Wraz z naszym przyjazdem nieco się rozpogodziło, łąka zaczęła przesychać, ale oczywiście w górach taka aura nie trwa wiecznie. Wystarczyło piętnaście minut deszczu, byśmy znów musieli brodzić po kolana. Jazda samochodami oczywiście nie poprawiała tej sytuacji, tylko potęgowała armagedon, ale nie narzekaliśmy. Mogliśmy się jeszcze bardziej przekonać z jak trudnymi warunkami musieli radzić sobie żołnierze siedemdziesiąt pięć lat temu, bo jak mówią uczestnicy i źródła historyczne, pogoda była wówczas podobna.

Pasjonaci niestety nie mogli wziąć udziału w oficjalnych uroczystościach rocznicy bitwy o wzgórze. Obowiązywały wejściówki, ograniczenia, których nie udało się pokonać nawet wielu potomkom tych, którzy w tej bitwie brali udział.

– Ustawiliśmy się na łące obok cmentarza i mieliśmy bardzo dobry widok – relacjonuje Adrian Mamzer. – Uroczystość była niezwykle podniosła, brał w niej udział między prezydent Andrzej Duda, ale także prawie dwa tysiące polskich harcerzy. W tym samym czasie odbywał się też bieg, w którym wystartowało tysiąc zawodników z Polski. Nam udało się wziąć udział w kilku pomniejszych uroczystościach rocznicowych, a także po raz kolejny zwiedzić pole bitwy. Dla naszych samochodów to było spore wyzwanie – przejechaliśmy tam ponad dwieście kilometrów, w dodatku sporymi serpentynami.

Członkowie szwadronu brali udział w rocznicowych obchodach w Piedimonte San Germano –  odbywały się przy pomniku Pułku 6. Dzieci Lwowskich, który zdobywał tę miejscowość i w Mignano Monte Lungo, gdzie jest cmentarz Włoskiego Korpusu Wyzwoleńczego, który walczył u boku 2 Korpusu Polskiego na późniejszym szlaku bojowym – już po bitwie o Monte Cassino. Na tym cmentarzu od kilku lat organizowane są wspólne uroczystości włosko-polskie upamiętniające wydarzenia związane z drugą wojną światową.

– Mieliśmy także okazję zobaczyć prywatne muzeum prowadzone przez byłego włoskiego spadochroniarza i carabiniera dotyczące bitwy pod Monte Cassino, ale na kierunku działań Amerykanów, czyli za Wzgórzem Monte Trocchio, gdzie miały miejsce ciężkie walki zimą z 1943 na 1944 rok – relacjonuje Adrian Mamzer. – Właściciel cały czas powiększa swoje zbiory, dzięki własnym badaniom. Ostatnio na przykład odkopał części samolotu, między innymi cztery cekaemy. Miał problemy z identyfikacją. A że w naszym gronie są prawdziwi znawcy, jeden z naszych kolegów, który zajmuje się lotnictwem, ustalił, że co to była za maszyna. Zwiedziliśmy też pozycje amerykańskie z zimy, czyli jeszcze przed bitwą, kiedy były pierwsze szturmy na Monte Cassino.

Pasjonaci odwiedzili też wszystkie pomniki znajdujące się na Wzgórzu Klasztornym, czyli poświęcone 3. Dywizji Strzelców Karpackich, 5. Kresowej Dywizji Piechoty i pomnik Pułku 4. Pancernego „Skorpion” – tam zapalili znicze poległym żołnierzom, których tradycje kultywują. Byli także na cmentarzu brytyjskim, który mieści się w Cassino i na niemieckim w miejscowości Caira, gdzie dużo jest polskich i śląskich nazwisk.

– Pojechaliśmy również pod pomnik generała Andersa kilka lat temu odsłonięty przy Muzeum Bitwy o Cassino oraz pod nowo odsłonięty pomnik Niedźwiedzia Wojtka, który znajduje się w centrum miasta – opowiada komandor.

Wbrew pozorom mieszkańcy Cassino niewiele wiedzą o bitwie jaka rozegrała się tu przed 75 laty, a oprócz Polaków mało kto odwiedza Wzgórze Klasztorne i położony tam polski cmentarz.

– Widok ludzi w mundurach wzbudza zaciekawienie, przychodzą, pytają, co robimy i często od nas się dowiadują, że na górze jest cmentarz i że kiedyś były tu jakieś walki – mówi komandor. – Włochy są surowe, od czasów bitwy nic się tam praktycznie nie zmieniło. Teren zarasta roślinność, skały spadają. We Włoszech nie widać turystyki historycznej, aczkolwiek jest dużo pasjonatów i kolekcjonerów pamiątek po bitwie, a także kilka prywatnych muzeów jej poświęconych. Żeby dostać się na polski cmentarz, trzeba pokonać dwanaście kilometrów serpentyn. Miejscowi zaglądają tu rzadko, ale polskie wycieczki są tu codziennie, turyści indywidualni również. Wielokrotnie zaczepiali nas i pytali o wskazówki, jak trafić do konkretnych miejsc związanych z bitwą. Wycieczki zorganizowane nie zwiedzają jednak pola bitwy, nie mają pojęcia jak to wszystko wyglądało. Żeby zobaczyć na czym ta bitwa polegała, nie wystarczy wejść na cmentarz, to nie daje żadnego obrazu. Trzeba przynajmniej wejść na wzgórze 593, gdzie walczyła 3. Dywizja Strzelców Karpackich, tzw. Wzgórze Ofiarne, gdzie Polacy mieli największe straty. Dopiero tam można sobie uświadomić, jak ciężko było przejść te góry. Książki nie odzwierciedlają tego, co się tam działo. Łatwo jest się tam zgubić w dzień, a co dopiero w nocy i w dodatku pod ostrzałem. Szczerze polecam taką retrospekcję. Byliśmy tam już po raz szósty, a za każdym razem odkrywamy coś nowego.

Z Cassino uczestnicy wyprawy ruszyli do Ankony, gdzie byli trzy dni, a stamtąd do oddalonej o 200 km Bolonii.

– To był ciężki przejazd, w dużym słońcu, ale jakoś nam się udało pokonać ten dystans bez strat – mówi Adrian Mamzer.

Władze miasta zaproponowały, by na jednym z placów pasjonaci zorganizowali pokaz samochodów, a także przejechali przez centrum miasta.

Z Bolonii członkowie szwadronu wrócili do Polski. Ale nie na długo, bo po kilku dniach – już w mniejszym składzie – ruszyli do Normandii, gdzie uczcili 75. rocznicę lądowania aliantów.

– Pojechały trzy jeepy i dwanaście osób – opowiada Adrian Mamzer. – Spędziliśmy tam dziesięć dni. Byliśmy na kilku uroczystościach, między innymi odsłonięcia dwóch polskich pomników. Jeden poświęcony był polskim lotnikom, a drugi ORP Dragon, który po miesiącu działań wojennych zatonął od żywej torpedy. Zginęło trzydziestu siedmiu członków załogi.

Obchody rocznicowe w Normandii znacznie różniły się rozmachem od tych we Włoszech. Brało w nich udział tysiące pojazdów militarnych i dziesiątki tysięcy ludzi w mundurach. Każda miejscowość, nawet najmniejsza wioseczka wzdłuż plaż, na których rozegrały się decydujące dla losów drugiej wojny światowej wydarzenia, przypominała o tej historii. 

– Prawda jest taka, że Normandia żyje z D-Day – mówi kluczborczanin. – W każdej wiosce jest sklep z pamiątkami, są tablice, pomniki, wszystko jest dokładnie opisane, a w dawnych bunkrach znajdują się muzea. Dodatkowo z okazji rocznicy wszystkie miejscowości były obwieszone flagami aliantów, a na słupach znajdowały się zdjęcia żołnierzy z różnych jednostek alianckich z napisem „bohater”.

Kluczborczanie mieli bazę 3 km od Plaży „Gold”, na której lądowały wojska brytyjskie. Użyczył im jej mer miasteczka Saint Aubin sur Mer.

– Dzięki temu w miarę blisko mieliśmy do wszystkich stref lądowania, poczynając od St. Mere Eglise, gdzie lądowali spadochroniarze amerykańskiej 101. Dywizji Powietrznodesantowej – relacjonuje komandor. – Stamtąd jechaliśmy na wschód, zwiedzając po kolei znajdujące się tam plaże. W linii prostej to osiemdziesiąt kilometrów, ale w sumie przejechaliśmy ponad czterysta czterdzieści mil, czyli prawie siedemset dwadzieścia kilometrów. Odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc związanych z lądowaniem aliantów, niemal wszystkie muzea, a jest ich bardzo dużo.

Pasjonaci z Kluczborka byli nawet na Plaży „Omaha”, ale dzień przed oficjalnymi obchodami rocznicowymi.

– Na oficjalne obchody nie było szans się dostać, a to ze względu na obecność prezydenta USA Donalda Trumpa, mogliśmy tylko obserwować przygotowania do niej – mówi Adrian Mamzer. – Ale i tak wyjazd ten był bardzo udany.

Szwadron Wojskowych Pojazdów Historycznych dziękuje za pomoc finansową Urzędowi ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz gminie Jelcz-Laskowice.

MZ

Wstecz Opowiadane dziedzictwo
Dalej Chcą odnowić trzy pomniki